Przez kilka lat zwiedzałem południowo-zachodnią Norwegię, pracując jako kierowca w norweskiej firmie transportowej. Niestety, moje trasy nigdy nie prowadziły na północ. W końcu postanowiłem to nadrobić – i to w najbardziej wymagającym czasie, zimą! Razem z kolegą wyruszyliśmy na początku stycznia w stronę Nordkapp.
Nie dotarliśmy na sam przylądek – droga była zamknięta. Ale to wcale nie popsuło nam planów. Nasza podróż i tak była niesamowita. Przemierzaliśmy norweskie bezdroża Defenderem, gotowaliśmy po drodze, a czasem zatrzymywaliśmy się w restauracjach. Jechaliśmy praktycznie non stop – jeden prowadził, drugi odpoczywał z tyłu lub spał. W tydzień przejechaliśmy kilka tysięcy kilometrów!

Przez fiordy i bezkresne drogi na Północ
Trasa wiodła wzdłuż norweskiego wybrzeża, przez niezliczone zakręty i promy między fiordami. Krajobraz był surowy, dziki i prawie bezludny. Północna Norwegia to wciąż kraina, gdzie człowiek jest tylko gościem.

Dotarliśmy do Tromsø – „stolicy Arktyki” – przekraczając po drodze koło podbiegunowe. Potem ruszyliśmy dalej na wschód, do Finlandii, a w drodze powrotnej przejechaliśmy przez Szwecję i Sztokholm, wracając do Oslo.
Zorze, renifery i magiczna noc polarna
Po drodze widzieliśmy mnóstwo reniferów – czasem dosłownie blokowały nam drogę. Padał śnieg, a niektóre odcinki trasy były zamknięte, ale nie czuliśmy przygnębienia. Noc polarna, jeśli tylko niebo nie jest zasnute chmurami, mieni się niesamowitymi kolorami, które odbijają się w śniegu. To niekończący się spektakl natury.

Odwiedziliśmy też Lofoty, zobaczyliśmy Drogę Trolli (choć zimą jest zamknięta, dotarliśmy przynajmniej do jej początku) i przejechaliśmy słynną Drogą Atlantycką. Cała wyprawa była jak podróż na inną planetę. Północ zimą to zupełnie inny świat – surowy, tajemniczy i zachwycający. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy warto tam pojechać, odpowiem krótko: tak, i to koniecznie zimą!